"Jeśli Tatarów ujrzycie na drodze, Mówcie, żem przeszła, gdyście zboże siali Powiadaj prawdę, bo ona jedynie nas zbawi" Odeszła i znikła gdzieś w sinej oddali Nazajutrz, gdy przyszedł rolę swą zobaczyć Szumiało na niej złotą falą zboże
Długie lata czekałeś z pragnieniem na wargach posądzany żarliwie o żądzę zdobyczy… A dziecko w ramionach wie, że pragniesz dawać tam gdzie mędrzec roztropny poczuwa się do winy
Dziękuję Ci, Boże, że nie jestem jak inni ludzie. Pojedynczy egzemplarz, niewprawny w ramki [nieraz i bez ramek wart by go powiesić] Ale wie już, że inny nie oznacza gorszy
To był krakowski mokry zmierzch (właśnie za ciebie się modliłam), Było deszczowo, ciemno, wietrzno, Gdy nagle spośród chmur – aż czarnych Wicher wyszarpał wąskie pasmo: Nad horyzontem nagłą jasność
chodźcie do nas, prosto do nieba, w niebie waszych hardych dusz potrzeba, na śmierć szkoda czasu, tylko nagły udar huku przeżyć, i odpłynąć z aniołami z smoleńskiego lasu
Wieżyce, stare mury, wawelskie krużganki Czekają na jej powiew, jak na dłoń kochanki, Co puści tchnieniem słońca z pędów młode liście I znowu Zygmuntowską ozdobi złociście.